Ambasadorka, rzeczniczka i mediatorka

Zuzanna Świerc

Tak swoją rolę opisuje pełnomocniczka rektora ds. studentów i doktorantów zagranicznych Zuzanna Świerc. O początkach sprawowania nowej funkcji i związanych z nią wyzwaniach oraz planach na przyszłość i kwestiach, które już można usprawnić, opowiada wiceprzewodniczącej Samorządu Studentów SGH Weronice Woś.

Weronika Woś: W październiku ubiegłego roku objęła pani funkcję pełnomocniczki rektora ds. studentów i doktorantów zagranicznych. Czyja to była inicjatywa i dlaczego nastąpiło to dopiero w tym roku akademickim? 

Zuzanna Świerc: Myślę, że w ostatnim czasie wytworzył się w SGH klimat budowania otwartości na różnorodność pod każdym względem. Czuję się zresztą trochę sprawczynią tego zamieszania, bo wszystko zaczęło się od mojej roli ambasadorki dostępności. Polega ona na wspieraniu studentów z niepełnosprawnościami czy też – jak to pięknie określa kierowniczka Biura ds. Dostępności i Wsparcia Osób z Niepełnosprawnościami Justyna Kapturkiewicz – osób ze specjalnymi potrzebami. Bardzo cenię sobie to, że studenci mają do mnie zaufanie i często zostają po zajęciach, by podzielić się swoimi trudnościami.

W zeszłym roku miałam taką sytuację: prowadzę zajęcia po angielsku dla grup międzynarodowych i w jednej z nich był neuroatypowy student. Dzięki pełnionej funkcji mam w sobie dużo większą uważność na pewne zachowania. Szybko okazało się, że ten chłopak potrzebuje indywidualnej ścieżki, którą wspólnie wypracowaliśmy.

Co ciekawe, grupa, widząc te działania, zareagowała bardzo pozytywnie. Kolejne osoby zaczęły się przede mną otwierać, chociażby studenci z wymiany, którzy mieli trudności z aklimatyzacją i odnalezieniem się w naszej społeczności. To mi uświadomiło, że samo wsparcie rówieśnicze, które oferuje m.in. samorząd, to nie wszystko. 
Równie istotny jest most porozumienia na linii studenci–kadra profesorska.

I zasygnalizowałam ten temat mojej szefowej, kierownik Katedry Rachunkowości Menedżerskiej dr hab. Monice Raulinajtys-Grzybek, prof. SGH. To osoba niezwykle otwarta na inicjatywy wychodzące poza sztywne ramy procesu edukacyjnego. Zaproponowała spotkanie, podczas którego spontanicznie narodził się pomysł, aby poszerzyć zespół opiekujący się studentami zagranicznymi. Głównie chodziło o to, by wzmocnić to, co nazywamy „miękkim wsparciem”. Szefowa wytypowała mnie do tej roli, a ja bez zawahania się zgodziłam.

Dlaczego zdecydowała się pani zaopiekować właśnie tym obszarem? Nie jest to przecież łatwy temat i wciąż mało popularny. 
Skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Angażując się w rolę ambasadorki dostępności, szybko zrozumiałam, że studenci potrzebują wsparcia nie tylko ze strony administracji, ale przede wszystkim od nas – kadry dydaktycznej. Szukają otwartości i poczucia, że nie stoimy po dwóch stronach barykady, lecz tworzymy jedną społeczność.

Moją misję od początku definiują trzy słowa: ambasadorka, rzeczniczka i mediatorka. Widzę siebie jako most łączący studentów z wykładowcami, a także integrujący osoby z Polski z tymi z zagranicy. Moim zadaniem jest wskazywanie gotowych już ścieżek, których na naszej uczelni jest naprawdę wiele. Chcę być osobą, do której studenci i doktoranci zagraniczni mogą przyjść bezpośrednio, a nawet anonimowo, i opowiedzieć o swoich trudnościach – od tych fundamentalnych po zupełnie prozaiczne.

Z jakimi problemami najczęściej zwracają się do pani studenci i doktoranci cudzoziemcy? Co jest dla nich największą barierą w codziennym funkcjonowaniu?
To szeroko rozumiana dostępność, obejmująca nawet tak prozaiczne kwestie jak warstwa językowa. Musimy pamiętać, że studenci zagraniczni to nie tylko osoby uczące się po angielsku. Mamy przecież liczną grupę obcokrajowców studiujących w języku polskim. Często zakładamy, że skoro znają nasz język, to polskie treści są dla nich w pełni zrozumiałe, ale zapominamy, że one również wymagają odpowiedniego dostosowania.

Moim zdaniem podstawowym problemem jest to, jak różnicujemy treści, chociażby na stronie internetowej. Często to w wersji angielskiej dbamy o większą przystępność dla studentów zagranicznych, podczas gdy polskie treści pomijają kwestie wsparcia w uzyskaniu wizy czy aklimatyzacji w lokalnym środowisku, co dla studentów-cudzoziemców niekiedy stanowi istotną barierę.

Z drugiej strony, jeśli spojrzymy na osoby studiujące po angielsku, kluczowa jest dostępność nie tylko samych treści, ale i wydarzeń. Przedstawiciele Samorządu Studentów SGH sygnalizowali mi, że jednym z ich priorytetów jest budowanie świadomości, że musimy być otwarci na obcokrajowców również w ramach kół naukowych. 
Dostrzegłam jednak, że brakuje kluczowych treści w języku angielskim, choćby regulaminów, które ułatwiłyby studentom dostęp do informacji o świadczeniach socjalnych.

Czy może pani podać przykłady?
Przytoczę sytuację z zeszłego roku. Zwrócił się do mnie student, który ze względu na sytuację zdrowotną potrzebował pomocy materialnej. Skierowaliśmy go na ścieżkę ubiegania się o zapomogę, ale wtedy zderzyliśmy się z murem: regulamin pomocy nie był dostępny w języku angielskim. Choć student otrzymał bezpośrednie wsparcie od pracowników administracyjnych uczelni, sam nie był w stanie dotrzeć do przepisów, które go dotyczą. To pokazuje, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia w kwestii pełnej samodzielności studentów zagranicznych.

Zupełnie niespodziewanie pojawił się też kolejny obszar moich działań: mediacje między studentami zagranicznymi a kadrą dydaktyczną. Potrzeba mojego wsparcia wynikała tu głównie, w mojej ocenie, z różnic kulturowych. Często dochodziło do sytuacji, w których obie strony dążyły do tego samego celu, jednak na pewnym etapie komunikacji pojawiały się zakłócenia i niezrozumienie.

Z perspektywy dydaktyka muszę przyznać, że nie zawsze mamy świadomość tego, co kryje się za konkretnym studentem czy studentką. Nie chodzi tylko o to, że ktoś mówi w innym języku czy inaczej wygląda. Kluczowa jest znajomość ludzi, z którymi pracuję. Nie nazwisk z numerem indeksu na liście, lecz osób, które siedzą naprzeciwko mnie.

Dla mnie samej było to z jednej strony szokujące, a z drugiej uderzająco oczywiste. Muszę wiedzieć, czy po drugiej stronie mam studenta z Białorusi, który nie widział rodziców od trzech lat, bo powrót do kraju oznacza dla niego aresztowanie. Czy mam przed sobą studentkę z Afryki, dla której dyplom jest jedyną przepustką do innego życia niż to ograniczone do roli gospodyni domowej. Uświadomienie sobie tych faktów przez nas, nauczycieli akademickich, całkowicie zmienia perspektywę i sposób, w jaki prowadzimy zajęcia.

Czy to właśnie doświadczenie w roli ambasadorki dostępności ukształtowało w pani tę wrażliwość?
W dużej mierze tak, choć istotna jest tu też moja prywatna perspektywa. Pochodzę z międzynarodowej rodziny, dzięki temu funkcjonowanie w środowisku wielokulturowym jest dla mnie czymś zupełnie naturalnym i oczywistym.

Spory wpływ miały też moje doświadczenia na stanowisku ambasadorki dostępności. Pamiętam sytuację, gdy student zwrócił się do mnie z prośbą o indywidualne podejście. Podczas późniejszej dyskusji w gronie współpracowników pojawiły się głosy, że studenci mogą próbować to wykorzystać. Odpowiedziałam wtedy, że wolałabym, by moje zaufanie zostało dziesięć razy nadużyte, niż choć raz okazać obojętność komuś, kto naprawdę potrzebuje pomocy.

Oczywiście, nie twierdzę, że każdy musi mieć identyczne podejście, każdy z nas nieco inaczej definiuje swoją rolę na uczelni. Jednak dla mnie to jest jak z udzielaniem pierwszej pomocy: mogę nie posiadać fachowej wiedzy medycznej, ale mam obowiązek zareagować. Tak samo postrzegam swoją obecną funkcję. Nie możemy przechodzić obojętnie obok członków naszej społeczności. Nie musimy od razu wiedzieć wszystkiego, ale musimy próbować. Musimy mieć pewność, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.

W jaki sposób możemy przełamywać bariery, które napotykają studenci zagraniczni, i walczyć z obojętnością wobec ich problemów? Czy pani zdaniem powinna to być zmiana narzucona odgórnie, czy raczej oddolna inicjatywa całej społeczności?
Uważam, że kluczowe jest zbudowanie zespołu, który będzie swoistym przewodnikiem dla naszej społeczności na tym „morzu dostępności”. Taka grupa musi składać się z osób działających w różnych obszarach: od studentów, przez kadrę dydaktyczną, aż po pracowników administracji.

Musimy zbudować swego rodzaju koalicję i po prostu działać razem. Obserwuję coraz więcej inicjatyw mających na celu włączanie studentów zagranicznych, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że idziemy w dobrym kierunku. Zdecydowane działania i kierunki podejmowane przez Jego Magnificencję oraz prorektora ds. dydaktyki i studentów są niezwykle motywujące i realnie przekładają się na zwiększenie wsparcia tam, gdzie jest ono najbardziej niezbędne.

Wspomniała pani o barierach formalnych, takich jak brak anglojęzycznych aktów prawnych. Czy z pani doświadczenia wynika jednak, że studenci zagraniczni mają świadomość przysługujących im praw? Czy wiedzą, do kogo zwrócić się po wsparcie w tym obszarze?
Wierzę, że studenci z zagranicy mają dziś znacznie większą świadomość, że nie są zostawieni sami sobie. Z moich rozmów z Samorządem Studentów SGH wynika jasno: oni aktywnie szukają tych ścieżek, a my wszyscy wiemy, że u podstaw każdej zmiany leży komunikacja.

Tych ścieżek wsparcia jest kilka. Pierwsza to płaszczyzna administracyjna, na którą trafiają na samym początku swojej przygody z uczelnią. Druga to wsparcie rówieśnicze i tu świetnie sprawdzają się programy „Buddy”, które bardzo cenię.

Dzieje się naprawdę dużo, głównie dlatego, że studenci zaczęli odważnie sygnalizować potrzeby. To jednak nie zwalnia nas z obowiązku ciągłego udostępniania informacji o tym, gdzie szukać pomocy. Musimy nie tylko wskazywać te źródła, ale też po prostu sprawniej i mądrzej zarządzać całym tym przepływem informacji.

Czy istnieją ośrodki akademickie, których model opieki nad studentami zagranicznymi jest dla pani szczególnie inspirujący?
W 2023 r. uczestniczyłam w projekcie finansowanym przez Narodową Agencję Wymiany Akademickiej (NAWA), w ramach którego odbyłam wizytę studyjną w Erasmus School of Economics w Rotterdamie. To, co uderzyło mnie tam najbardziej, to ich strona internetowa – działa w sposób całkowicie lustrzany. Przełącznik między językiem holenderskim a angielskim nie zmienia zawartości; te same aktualności i grafiki są dostępne dla każdego. Moją uwagę przykuł również chodnik pomalowany w barwy tęczy. To centralny punkt kampusu i ważny symbol, który przypomina lokalnej społeczności akademickiej o bogactwie, jakie niesie ze sobą szeroko pojęta różnorodność.

Przykładem dobrej praktyki z naszego podwórka jest Welcome Point na Uniwersytecie Warszawskim. Na ich stronie w bardzo przystępny sposób wskazano osoby odpowiedzialne za wsparcie studentów zagranicznych.

W jaki sposób uczelnia analizuje aktywność studentów i doktorantów z zagranicy w życiu społeczności akademickiej? Czy prowadzone są regularne badania ich zaangażowania lub satysfakcji?
Myślę, że systemowe monitorowanie skuteczności naszych działań to kolejny krok, który docelowo musimy wdrożyć. To dla mnie „punkt drugi”. Po uruchomieniu programów wsparcia i obszarów dbających o równość przychodzi czas na weryfikację ich efektów.

Zamierzam to w pełni wykorzystać w mojej pracy. Powołanie mnie na to stanowisko wiązało się przede wszystkim z uważnym szukaniem obszarów, w których uczelnia i jej społeczność, szczególnie studenci zagraniczni, realnie potrzebują wsparcia oraz większego zaangażowania. I to jest mój główny cel na ten pierwszy rok pracy jako pełnomocniczki.

Można zatem powiedzieć, że pani długoterminowym planem na tę kadencję jest stworzenie ram dla nowej funkcji. Tylko w jaki sposób wypracować skuteczne schematy wsparcia, skoro każdy przypadek i każdy student jest inny?
Z pewnością nie zdołamy ująć w formalne ramy wszystkich sytuacji, które niesie życie, i chyba nie o to chodzi. Naszym celem jest budowanie takiej otwartości i dostępności, by stworzyć warunki, w których żadna jednostka nie poczuje się zagubiona. Szczególnie ta, która z różnych przyczyn nie potrafi się jeszcze z nami skomunikować lub boryka się z traumą wojenną i trudnymi okolicznościami, które sprowadziły ją do naszego kraju.

Nie możemy traktować studentów jedynie jako kolejnych pozycji na liście. Musimy dostosować nasze regulacje do realiów, w jakich oni funkcjonują, tworząc system wsparcia, który realnie na nie odpowiada. Pracując w środowisku międzynarodowym, czuję ogromną potrzebę stałego podnoszenia kompetencji w tym zakresie. Dlatego tworzenie tych formalnych ram musi iść w parze z nieustanną edukacją całej naszej społeczności w obszarze różnorodności.

Z czego jest pani najbardziej dumna po kilku miesiącach pracy na tym stanowisku?
Jestem ogromnie dumna z naszej otwartości oraz z faktu, że inicjatywy płyną z każdego poziomu: od samych studentów, przez administrację, aż po kadrę dydaktyczną. Okazało się, że samo powołanie pełnomocnika uruchomiło prawdziwą lawinę działań, które zaczęły pojawiać się samoistnie.

To napawa mnie dumą z nas jako społeczności. Udowadniamy, że nikt nie musi nam dyktować, co mamy robić, ponieważ sami czujemy, jakie kroki są potrzebne. Mnogość inicjatyw, które dostrzegłam w ciągu zaledwie kilku miesięcy, potwierdza naszą gotowość do zmian. Pokazuje to również, że nie potrzebujemy sztywnych, formalnych nakazów, by działać w sposób otwarty i nowoczesny. To buduje moje ogromne poczucie sensu i daje mi pewność w pełnieniu roli pełnomocniczki.

Zdradzi pani, jakie inicjatywy planuje jeszcze w tym bądź nadchodzącym roku akademickim?
Rozpoczęliśmy prace nad pierwszymi inicjatywami międzykulturowymi – wydarzeniami skierowanymi do całej naszej społeczności akademickiej, których celem jest podkreślenie łączącej nas różnorodności. Liczę na to, że w tym roku uda nam się pójść o krok dalej i w pełni zaprezentować to, jak bogata pod względem narodowości i kultur jest nasza uczelnia. Jestem bardzo otwarta na takie pomysły. Zamierzam je pilotować i wspierać swoim zaangażowaniem. Uważam, że to niezwykle potrzebne. O ile procesy edukacyjne czy rekrutacyjne są ujęte w oficjalne procedury, o tyle cała ta przestrzeń „pomiędzy”, budująca relacje międzyludzkie, wymaga nie tyle odgórnego zarządzania, ile szczerego wsparcia i osobistego zaangażowania.

Pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy, ale wszyscy widzimy, jak wiele już się zmienia, a perspektywy na przyszłość są jeszcze bardziej obiecujące. Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w dalszych działaniach

Fot. Archiwum prywatne