Profesor Michał Kalecki. W 55. rocznicę śmierci

rysunek Michała Kaleckiego

28 listopada 2025 r. w Sali Senatu miało miejsce seminarium kończące rok 2025, będący Rokiem Profesora Michała Kaleckiego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Publikujemy jeden z referatów, autorstwa prof. Wojciecha Morawskiego, w którym przedstawia on życiorys tego wielkiego ekonomisty, a także część wspomnień i refleksji uczestników seminarium. 

PROF. DR HAB. WOJCIECH MORAWSKI

Katedra Historii Gospodarczej i Społecznej, Kolegium Ekonomiczno-Społeczne SGH:

Michał Kalecki urodził się w Łodzi w 1899 r. w całkowicie zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Formalnie Kaleccy należeli jeszcze do gminy żydowskiej, bo tego wymagały ówczesne wewnętrzne przepisy rosyjskie, ale byli obojętni religijnie. Ojciec Michała był właścicielem niewielkiej fabryki, ale z całą pewnością nie był to pokaźny biznes. W 1913 r. fabryka ta została zamknięta, a Kalecki musiał się zajmować bezrobotnym ojcem. Studia podjął na Politechnice Warszawskiej w 1917 r. oraz na Uniwersytecie Warszawskim. Rozpoczął je, jednak nigdy ich nie ukończył.

Potem był żołnierzem w czasie wojny polsko-radzieckiej. Następnie studiował jeszcze na Politechnice Gdańskiej i tym razem również nie ukończył studiów. Chciałem zwrócić uwagę na taką okoliczność, że spośród kilku naszych bohaterów roku z ostatnich lat trzech nie miało formalnie wyższego wykształcenia. Mam na myśli prof. Lipińskiego, prof. Kaleckiego oraz prezydenta Stanisława Wojciechowskiego.

Jeszcze w czasie pobytu w Łodzi zaczął wydawać czasopismo „Koniunktura włókiennicza” i zaczynał pracę jako dziennikarz. Pismo trzeba było zamknąć, nie było na nie wystarczającej liczby subskrybentów, ale szlif pracy dziennikarskiej pozostawił ślad w twórczości prof. Kaleckiego, narzucił mu pewną jasność wykładu, zwięzłość itd. To zawsze dobrze robi, dziennikarstwo to dobra szkoła.

W 1927 r. przeniósł się do Warszawy, a w 1929 r. został zawodowym ekonomistą. Z inicjatywy dwóch poważnych ekonomistów – Henryka Tennenbauma i Edwarda Lipińskiego – został zatrudniony w Instytucie Badania Koniunktur i Cen. Instytut ten był luźno związany z naszą Szkołą, tak że w zasadzie związki profesora z SGH mają również przedwojenny wątek, chociaż nie tak formalny jak powojenny. W tym czasie ożenił się z panią Adelą Szternfeld i to małżeństwo trwało do samego końca. Pani Adela Szternfeld przeżyła męża.

W 1981 r., kiedy z prof. Tomaszem Szapiro szykowaliśmy numer pisma „Zwrot” poświęcony prof. Kaleckiemu, odwiedziliśmy panią Kalecką w domu i miałem zaszczyt ją poznać. W Instytucie Badania Koniunktur i Cen współpracował przede wszystkim z Ludwikiem Landauem – zajmowali się szacunkami dochodu społecznego.

W 1933 r. Kalecki opublikował swój pierwszy ważny tekst Próba teorii koniunktury. Zyskał on rangę międzynarodową dosyć szybko, bo został wygłoszony na zjeździe Ekonometric Society w Lejdzie we wrześniu tego samego roku i zdecydowanie zrobił wrażenie na słuchaczach. Od tej pory Kalecki funkcjonował jako osoba znana w środowisku ekonometryków. Dzięki stypendium Rockefellera znalazł się najpierw w Sztokholmie, potem w London School of Economics. Poznał tam wybitnych ówczesnych ekonomistów brytyjskich.

Jego związki z Instytutem Badania Koniunktur i Cen zostały zerwane w listopadzie 1936 r., kiedy właśnie na znak protestu przeciw zwolnieniu dwóch osób – Marka Breita i Ludwika Landaua – zrezygnował z tej współpracy. Od tej pory przez parę lat był zdany wyłącznie na swoje kontakty brytyjskie. Pracował nad cyklem koniunkturalnym, najpierw w Cambridge od 1937 r., potem od 1939 r. w Oxfordzie. W czasie wojny zajmował się gospodarką wojenną.
Po wojnie przez dziesięć lat profesor pracował w organizacjach międzynarodowych, najpierw w Międzynarodowej Organizacji Pracy, afiliowanej już wówczas przy ONZ, potem w Sekretariacie ONZ. Był też doradcą Banku Światowego. W ten sposób funkcjonował do 1955 r., kiedy powrócił do Polski, gdzie został na krótko doradcą Hilarego Minca – kluczowej postaci planu sześcioletniego.

W 1956 r. brał udział w tzw. komisji Jaroszewicza. Była to partyjna komisja, która miała usprawnić zarządzanie gospodarką. Po przełomie październikowym był związany z Komisją Planowania przy Radzie Ministrów, gdzie pracował nad planem perspektywicznym na lata 1960–1975. Ta współpraca zaczęła się psuć wyraźnie w 1960 r., kiedy władze odrzuciły jego plan.

Przez krótki czas w 1960 r. był doradcą ekonomicznym na Kubie. W 1963 r. zerwał współpracę z Komisją Planowania. Potem jeszcze przez pewien czas funkcjonował w RWPG (Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, działająca w latach 1949–1991 organizacja gospodarcza państw bloku wschodniego – red.).
W międzyczasie związał się z naszą Szkołą. Wówczas powstało coś takiego, jak Wyższe Kursy Planowania Gospodarczego dla Cudzoziemców i Międzyuczelniany Zakład Problemowy Gospodarki Krajów Słabo Rozwiniętych. Od 1962 r. formalnie był zatrudniony w Katedrze Ekonomii Kazimierza Łaskiego na Wydziale Handlu Zagranicznego. W 1964 r., kiedy w SGPiS obchodzono jego urodziny, uniwersytet uhonorował go bardziej – nadał mu tytuł doktora honoris causa.

O dalszych jego losach przesądziła antysemicka kampania 1968 r. W maju 1968 r. doszło do ataku na profesora. Na zebraniu podstawowej organizacji partyjnej na Wydziale Handlu Zagranicznego był krytykowany za dążenie do technokratycznej rewolucji ekonomii socjalizmu, za jej dezideologizację. Głównym atakującym był prof. Dymitr Sokołow. W październiku 1968 r. na znak protestu wszystkiemu, co się wtedy działo, Kalecki zrezygnował. W wieku 69 lat został przedwczesnym emerytem. Miał oferty przeniesienia się za granicę, m.in. odwiedził Cambridge. Z tych ofert nie skorzystał. Zmarł 17 kwietnia 1970 r.
Co można wywnioskować, patrząc na ten życiorys? Po pierwsze, myślę, że nie mamy wątpliwości, że to jest – mimo że profesor pełnił różne ważne funkcje, również polityczne – życiorys uczonego, a nie polityka. Nigdy nie ciągnęło go do polityki i nigdy nie miał aspiracji, żeby swą karierę przestawić na tory polityczne. Zapewne mógłby to zrobić, gdyby tylko chciał. Należy zatem uznać to za świadomą decyzję.

Był ekonomistą międzynarodowym. Od wczesnych lat był znany w świecie, miał kontakty międzynarodowe. Nie obawiał się tego, swobodnie się w tym czuł, co nie jest wcale takie częste. Był zawsze w głównym nurcie ekonomii światowej, a równocześnie pozostawał ekonomistą polskim. Było dla niego ważne, by ekonomia polska nie dała się zepchnąć do zaścianka.

Dlaczego – mimo żelaznej kurtyny i zimnej wojny – było to możliwe? W latach 60. istniało modne słowo, dzisiaj całkowicie zapomniane, a mianowicie „konwergencja”. W latach 60. naprawdę można było sobie wyobrażać, że z jednej strony kapitalizm, ale w wydaniu keynesowskim, zetatyzowanym, z interwencjonizmem państwowym i ideą pełnego zatrudnienia, a z drugiej strony socjalizm, który będzie stopniowo się wyzbywał tych sztywnych ideologicznych formułek i będzie coraz bardziej technokratyczny, będą się do siebie upodabniać. Szansę na taką ewolucję socjalizmu widziano w metodach matematycznych.
Kalecki zawsze był mocny z matematyki. Jego związek z ekonometrią nie był przypadkowy. Otóż w latach 60. uważano, że metody matematyczne zaprzężone do planowania gospodarczego pozwolą ujawnić prawdziwe przewagi tej koncepcji gospodarczej, że tak naprawdę są wielką szansą. W tym sposobie rozumowania mieściło się wszystko, co Kalecki zawarł w swoich pracach poświęconych planowaniu. Wierzył w przewagę gospodarki planowej, socjalistycznej, ale równocześnie nie towarzyszył temu jakiś drapieżny atak na drugą stronę, czyli na gospodarkę rynkową. W tamtych czasach wydawało się, że oba systemy zbliżają się ku sobie i z czasem całkowicie się do siebie upodobnią.

Te złudzenia zawaliły się w 1968 r., po interwencji państw Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Z tego punktu widzenia głębszą cezurą była interwencja w Czechosłowacji niż wydarzenia marcowe w Polsce. Wydarzenia te były okropne same w sobie, ale był to nasz wewnętrzny problem. Natomiast po interwencji w Czechosłowacji zawaliło się coś dużo poważniejszego. Aby to zrozumieć, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po zmianie władzy w Związku Radzieckim w 1964 r. do władzy doszła ekipa Breżniewa i Kosygina. Hasłem nowej ekipy była stabilizacja gospodarki po bałaganie chruszczowowskim. W wydaniu premiera Aleksieja Kosygina stabilizacja miała polegać na reformie idącej w stronę technokratycznego, zmatematyzowanego, naukowego zarządzania gospodarką. Kosygin naprawdę miał takie ambicje. Kiedy zarysowała się groźba, że trzeba będzie interweniować w Czechosłowacji, w kierownictwie radzieckim powstały bardzo poważne spory na ten temat. Nie było jednak tak, że oni jednomyślnie się do tego garnęli. Do ostatniej chwili Kosygin był przeciw temu pomysłowi. Uważał, że zrujnuje to jego plany. Każda awantura na obrzeżach imperium zawsze bardzo uwsteczniała sytuację w Rosji i wzmacniała siły konserwatywne. Nieuchronnie odzywały się głosy: przestańcie się wygłupiać z reformami, bo to prowadzi do rozpadu imperium. Kosygin wiedział, że po czymś takim Związek Radziecki stanie się konserwatywny na bardzo długi czas, nie da się w nim kontynuować reform, a tolerancja dla reform krajów socjalistycznych bardzo się skurczy. I on obawiał się właśnie takiego efektu.

W sierpniu 1968 r. ten scenariusz się zrealizował. Breżniewowska stabilizacja przekształciła się w stagnację. Warto zwrócić uwagę, że Kalecki do dymisji nie podał się po marcu, tylko jesienią, kiedy już było po interwencji Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Wtedy było już jasne, że jest „pozamiatane”, że wszystko, co on uważa za ważne, jest już nieaktualne.

W to wpisuje się jeszcze jeden wątek. Profesor bardzo zaangażował się w przedsięwzięcia związane z nadziejami na awans cywilizacyjny Trzeciego Świata po uzyskaniu niepodległości. W latach 60. panowała optymistyczna atmosfera w tej sprawie. Żywe było przekonanie, że w ślad za niepodległością polityczną pójdzie niezależna polityka ekonomiczna i że kraje Trzeciego Świata mają przed sobą świetlaną przyszłość. Było przekonanie, że powinniśmy się z naszymi doświadczeniami włączyć w ten proces, bo nasze doświadczenia w dziedzinie planowania gospodarczego mogą być bardzo przydatne. Profesor się w to zaangażował. Te nadzieje się potem zawaliły w czasie szoków naftowych, kiedy okazało się, że żadnej świetlanej przyszłości dla krajów Trzeciego Świata nie będzie, chyba że któryś z nich posiada ropę naftową. Kalecki nie dożył tego momentu, ale trzeba pamiętać o atmosferze lat 60. w tej sprawie, by zrozumieć jego zaangażowanie.

Uczonego powinniśmy oceniać w kontekście jego współczesnych czasów i tego, co się działo w świecie, na rynku idei w jego czasach, nie z punktu widzenia naszej dzisiejszej perspektywy. My jesteśmy mądrzejsi o późniejsze doświadczenia, ale ocenianie, w czym miał rację, a w czym się mylił, po 50 latach byłoby ahistoryczne i nieuzasadnione. Ważne jest, żeby zrozumieć, jak myślał. A w tym celu pożyteczne jest wczucie się w tamte czasy.
Z pewnością należy dodać jeszcze jedno: profesor był przyzwoitym człowiekiem i można to zaobserwować w całym jego życiorysie. Chociaż niekiedy ustępował, to wiedział też, że istnieje taka granica, poza którą po prostu trzeba przewrócić stolik.

PROF. DR HAB. MARCIN KULA

professor emeritus
Uniwersytet Warszawski:

Moje wspomnienia nawiążą do tego, co jeden z przedmówców mówił na temat stosunku między profesorem a uczniami. Po historii przyszedłem pracować do Międzyuczelnianego Zakładu Problemowego Gospodarki Krajów Słabo Rozwiniętych przy UW i SGPiS, kierowanego przez Ignacego Sachsa, zmarłego w 2023 r. w Paryżu. Muszę powiedzieć, że nie od razu doceniłem prof. Kaleckiego, przewodniczącego Rady Naukowej tego zakładu. Z dwóch powodów. Po pierwsze, byłem prawdopodobnie młody i niedostatecznie uważny, żeby odkryć, kto jest ważną osobą w danej dziedzinie wiedzy. Po drugie zaś dlatego, że moją matką i moim ojcem byli profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego, jakoś liczący się w życiu tej instytucji i w życiu naukowym. Przez dom przepływało mnóstwo profesorów, o których się mówiło, więc mnie do dzisiaj tytuł profesorski nie imponuje. Przez długi czas krępowałem się to powiedzieć, a dzisiaj już mogę.

I tak samo właśnie nie doceniłem na początku pana prof. Kaleckiego. Mój osobisty kontakt z nim, głębszy, poza uczestniczeniem w zajęciach, zdarzył się dwukrotnie. Za pierwszym razem na Wyższym Kursie Planowania Gospodarczego dla Cudzoziemców (ekonomistów, planistów i działaczy gospodarczych z krajów rozwijających się), organizowanym w SGPiS. Jako jedyny tam wówczas Polak, doszkalający się z ekonomii, napisałem pracę dyplomową o rolnictwie Izraela. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego w 1968 r. sobie o niej nie przypomniano. Profesor Kalecki był recenzentem i skrytykował pracę, ale dyplom dostałem z wyróżnieniem. Drugi kontakt nastąpił niedługo później.

Przyszedł marzec 1968 r., profesor Kalecki siedział w swoim domu. Podczas jednej z rozmów w trakcie moich odwiedzin, gdy zeszło na sprawy żydowskie (1968 r.!), Kalecki, w kontekście pochodzenia, powiedział: „Nie należy zapominać, bo i tak przypomną”. Może to brzmiało: „Nie należy ukrywać, bo i tak ktoś przypomni”. Siedząc tak i myśląc, chyba trochę czuł pustkę. Różni ludzie do niego jednak przychodzili: koledzy z pracy czy inni znajomi, to jasne. Ci młodsi też zaczęli go odwiedzać. Również ja bywałem regularnie, chyba bardziej z odruchu ludzkiego niż z powodów zawodowych. Herbatka, sernik, rozmowa o wszystkim i o niczym... I w końcu prof. Kalecki zaproponował: a może byśmy napisali wspólnie artykuł?

Nie wiem, czy jemu po prostu znudziły się te herbatki, co mógłbym zrozumieć, czy też odezwała się w nim żyłka pedagogiczna. Przychodzi młody człowiek, który tym wszystkim się interesuje, to zróbmy coś razem. Taka jest geneza naszego wspólnego artykułu o Boliwii. Nie miejcie państwo wątpliwości: udział prof. Kaleckiego w tym artykule był większy niż dzisiejszego prof. Kuli! Ja oczywiście dałem jakieś teksty, sprawdzałem dane. Ale to prof. Kalecki napisał artykuł własnym ołówkiem. Nie wiem, dlaczego profesor zawsze pisał ołówkiem i potem jeszcze, jeśli chciał coś zmienić, to wycierał gumką i pisał ponownie na tym samym miejscu. Taki właśnie rękopis, spisany jego ręką, istnieje i był podstawą przedruku. Po zgonie profesora tekst oddałem p. Kaleckiej, pewno jest gdzieś w papierach. Profesor jednak twardo wpisał dwa nazwiska. Gdybym szedł nadal w kierunku ekonomii, przydałoby mi się to – podobnie jak opinia napisana mi przez niego – podczas gdy realnie jedno i drugie ma dziś dla mnie wartość sentymentalną. 

Pamiętam, że radziłem się prof. Brusa w sprawie publikacji tego ołówkiem napisanego tekstu. Słusznie powiedział, że jeśli tekst był skończony (był), to trzeba drukować. Opublikował go kolega, wówczas żyjący w Chile, w miejscowym czasopiśmie ekonomicznym. Miał już wiele przedruków, ostatnio w „Biuletynie Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego”. 

Ze spraw, o których tu była mowa, zwróciła moją uwagę – i to też jest powiązane z moim życiorysem oraz kontaktami z profesorem – sprawa niezależności nauki. Słyszałem tu o niezależności ekonomisty. Jestem historykiem i mógłbym dużo mówić o potrzebie niezależności politycznej historyków, w tym niezależności od rządzących – bez względu na to, jakie kto ma własne poglądy polityczne. Sprawa jest jednak nie mniej, a może jeszcze bardziej fundamentalna w przypadku ekonomistów. Otóż prof. Kalecki odznaczał się właśnie takim poczuciem niezależności, wyrażającym się np. w jego podawaniu się do dymisji na różnych etapach drogi zawodowej. Miałem wrażenie, że żywił następującą ideę: dopóki może mówić to, co uważa, to będzie mówił i publikował swoje opinie – a czy władza je zrealizuje, to już trochę jej sprawa i ryzyko. To ona będzie płacić cenę. Wśród ekonomistów podobnie postępował na przykład prof. Czesław Bobrowski.
Myślę, że kwestię niezależności można też rozpatrywać w kontekście szkół ekonomicznych. Z marca 1968 r. wyniosłem jasny pogląd o uzależnieniu ówczesnego SGPiS od Komitetu Warszawskiego PZPR, czyli od najgorszego komitetu w PRL/PZPR. Teraz myśli o potrzebie niezależności nauki i naukowców nie odstępują mnie, gdy słyszę o „polityce historycznej”. Ekonomiście jest jednak o tyle trudniej, że musi mieć kontakt z życiem gospodarczym – bowiem inaczej nic nie będzie wiedział. W PRL zachowanie niezależności było znacznie trudniejsze, może zwłaszcza na Wydziale Handlu Zagranicznego. Jego pracownicy mieli związki z centralami handlu zagranicznego, a studenci marzyli, by tam pracować. Nie potrzebuję chyba komentować, jak bardzo i jakimi nieraz kanałami te centrale były powiązane z „władzą”. Niestety, Zakład Ignacego Sachsa był „przyklejony” właśnie do Wydziału HZ. 

Życzę Szkole Głównej Handlowej, żeby obecnie i w przyszłości zachowywała jak największą niezależność – w każdym wyobrażalnym układzie politycznym w Polsce.

PROF. DR HAB. WOJCIECH PACHO

Zakład Modelowania Ekonomicznego, Katedra Ekonomii Stosowanej, Kolegium Zarządzania i Finansów SGH:

Chciałem powiedzieć o tym, dlaczego moim zdaniem Michał Kalecki zniknął z SGH, w ogóle zniknął z Polski. Prawdą jest to, co prof. Ryszard Bartkowiak powiedział – że po śmierci prof. Kaleckiego był pewien ciąg, kontynuacja jego myśli. I takim najpoważniejszym kontynuatorem Kaleckiego, jeszcze przed prof. Mieczysławem Nasiłowskim, był prof. Kazimierz Łaski. Napisał on świetny podręcznik Zarys teorii reprodukcji socjalistycznej, z którego ja w ogóle zrozumiałem Kaleckiego. To jest podręcznik, który opowiada, co jest w książce prof. Kaleckiego Zarys teorii wzrostu gospodarki socjalistycznej. Jako student próbowałem czytać dzieło Kaleckiego, ale po 20–30 stronach się poddałem. Nie dałem rady, to był ciężki materiał. Ale jak przeczytałem podręcznik prof. Łaskiego, wszystko zrozumiałem.

Następnie faktycznie w latach 70. i 80. kontynuacja myśli Kaleckiego miała miejsce poprzez prof. Nasiłowskiego. Rozpocząłem karierę w katedrze, gdzie prof. Nasiłowski był jednym z liderów, pracowałem pod jego kierunkiem i zrobiłem u niego doktorat. Rzeczywiście, podręczniki, które były wtedy pisane, kontynuowały myśl Kaleckiego, nie rozwijały problemu cyklu koniunkturalnego, bo w socjalizmie z definicji cykle koniunkturalne nie istniały, ale wzrost był. W związku z tym zręby teorii wzrostu się ostały. 

Ale przyszły lata 90. i prof. Kalecki kompletnie zniknął, przepadł z myśli ekonomicznej. Nagle znaleźliśmy się w innej rzeczywistości i czerpaliś-
my wyłącznie z podręczników przetłumaczonych wprost z ekonomii zachodniej. W mojej ocenie zabrakło po prostu kogoś takiego – mogę się sam uderzyć we własne piersi – kto napisałby podręcznik na nowe czasy w duchu prof. Kaleckiego. Pamiętam ogromne wysiłki prof. Nasiłowskiego, żeby jakoś to kontynuować, ale on się też poddał. To była jednak wielka, heroiczna praca, żeby przerobić Kaleckiego tak, żeby był zrozumiały.

A mieliśmy już za sobą całą przeróbkę (Johna Maynarda) Keynesa. Oryginalny Keynes jest w ogóle mało zrozumiały. Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza to jest moim zdaniem jedna z najbardziej mętnie napisanych książek, jaka została wydana w XX wieku. Gdyby trafiło to w ręce jakiegoś młodego profesora w Polsce, nie przeszłoby procesu recenzyjnego. Wiele lat poświęcono na interpretację myśli Keynesa; szczególnie istotną rolę w jej upowszechnieniu i uporządkowaniu odegrali ekonomiści ze szkoły szwedzkiej. 

A my byliśmy kompletnie nieprzygotowani do popularyzacji myśli prof. Kaleckiego. Jesteśmy pokoleniem przełomu, ale niestety nie sprostaliśmy temu wyzwaniu, tej nowej rzeczywistości. Dlatego moim zdaniem Kalecki przepadł. A dydaktyka jest przecież najlepszym sposobem popularyzowania jakichś myśli. 
Uważam, że prof. Kalecki to jest bez wątpienia nasz najwybitniejszy ekonomista, znany na świecie, z ogromnym dorobkiem. Jego teoria inwestycji naprawdę budzi respekt. Jego sposób pisania: bez rozbudowanego przeglądu literatury, ze skromną liczbą odnośników, bez wynumerowanych hipotez badawczych, bez rozdziałów o metodzie badawczej. Czyli cały ten „sztafaż naukowy”, który teraz jest stosowany w każdym artykule z nauk ekonomicznych, bo inaczej nie przejdzie procesu recenzyjnego – tego nie ma u Kaleckiego. Ale są tam genialne złote myśli. Tylko bez kontynuacji. 

Czasami aż serce boli, jak się czyta, że np. w Mediolanie jest konferencja poświęcona wyłącznie prof. Kaleckiemu. A myśmy naprawdę po tylu latach doczekali się Roku Michała Kaleckiego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. To są wszystko smutne i przykre sprawy, ale trzeba je po prostu w końcu powiedzieć, żeby oczyścić atmosferę. A zatem za naszą sprawą Michał Kalecki odszedł w niepamięć, a teraz próbujemy go reanimować, „odgrzewać”. Ale kto z tego pokolenia, szczególnie tych młodych profesorów, jest przygotowany, żeby napisać podręcznik w duchu Michała Kaleckiego, który byłby przerobieniem, innym spojrzeniem na teorię równowagi, tej warunkowej, niż spojrzenie Keynesa? Ja takiego nie widzę.

Prof. Jerzy Osiatyński, ostatni, który próbował reanimować myśl Kaleckiego poprzez wykład autorski, zmarł. Wydaje mi się, że problem zapomnienia prof. Kaleckiego jest chyba takim problemem, który nie tylko mnie dotyczy, ale też innych tutaj obecnych. 

DR HAB. IRENEUSZ DĄBROWSKI, prof. SGH 

kierownik Zakładu Ekonomii Monetarnej, Katedra Ekonomii Stosowanej, Kolegium Zarządzania i Finansów SGH:

Z prof. Michałem Kaleckim zetknąłem się na początku lat 90. na studiach, na wykładzie wybitnego polskiego ekonomisty prof. Mieczysława Nasiłowskiego. Ale jak po studiach rozpocząłem pracę naukową, kompletnie nikt, oprócz naszej katedry, nie interesował się Kaleckim. Wtedy nastąpiło zachłyśnięcie się bieżącą myślą amerykańską; tłumaczono jak największą liczbę podręczników, na początku McKenziego czy Begga, później innych ekonomistów, podręczniki zagraniczne.

Jak jeździłem do różnych uniwersytetów na całym świecie, a jeszcze wtedy nie było internetu, to trzeba było fizycznie chodzić do biblioteki. I mam takie oto obserwacje. W Stanach Zjednoczonych, jak się podchodziło do półki z ekonomią, głównymi dziełami były książki Adama Smitha. W krajach Ameryki Południowej były to książki Karola Marksa i Oskara Langego. Jak się pojechało do Europy Zachodniej, np. do Niemiec, to w bibliotekach był głównie (John Maynard) Keynes, ale zaraz obok stały dzieła Kaleckiego w opracowaniu prof. Jerzego Osiatyńskiego. I to był taki paradoks, że tam na półkach w centralnym miejscu były dzieła Kaleckiego, a u nas nie. Ale myślę, że wrócimy do tego, że Kalecki powróci na półki.

PROF. DR HAB. JANUSZ KALIŃSKI

professor emeritus
Szkoła Główna Handlowa w Warszawie:

Chciałbym zwrócić uwagę na „dzieła” prof. Kaleckiego, które nie zostały zacytowane na naszym seminarium. Są to aforyzmy, które powstały w połowie lat 60., wybrałem kilka:
„Nakręcanie koniunktury to już jest teraz zwierzę domowe”.
„Jest tyle przypadków, kiedy ludzie nie zgadzają się, że nie należy się sprzeczać, jeśli się zgadzają”. 
„To, co jest proste, może być prawdziwe, ale sam fakt, że jest proste, nie dowodzi, że jest prawdziwe”.
„Jak człowiek zastanawia się nad komplikacjami, to opuszcza istotne rzeczy”. 
„Najdłużej się można sprzeczać o to, na co się wszyscy zgadzają”.
„Ich koncern (kapitalistyczny – red.) jest dokładnie jak nasze ministerstwo, tylko że tam na górze jest zysk, który się rozdziela, a u nas nie ma”.
„Wypaczony rozwój niekoniecznie ogranicza się do krajów kapitalistycznych; zrobiliśmy parę fabryk, które nie pasują do innych”. 
„Oszczędność nie jest cnotą”.
„Państwo (o Kubie – red.) nie jest panienką i się nie obraża na inteligencję”. 
„My coś musimy zaczerpnąć z tamtych krajów (kapitalistycznych – red.). Nie możemy przecież wszystkiego wyssać z palca, oto wszystko”.
„Nim się coś zmienia, trzeba być naprawdę pewnym, że to nowe będzie na pewno lepsze”. 
„Jak się ma tyle nafty, to nawet ekonometrycy nie mogą nic popsuć”.
„Ustrój działa na chybcika”.
„Doradzać czy nie doradzać?”
„Gości zagranicznych i bankietów może być za dużo, ale nie jest to naszą główną trudnością”.
„Wzory nie są trudne, ekonomia jest trudna”.

Aforyzmy te zostały opublikowane w „Pracach i Materiałach” Międzyuczelnianego Zakładu Problemowego Krajów Słabo Rozwiniętych w lutym 1967 r., z dopiskiem „Za wszelkie domysły PT Czytelników redakcja nie odpowiada”.

Te aforyzmy prof. Kaleckiego przeszły przez działających na polu wydawniczym cenzorów – można założyć, że były także inne.


opracowała: Karolina Cygonek, redaktor naczelna Gazety SGH