A może by tak ruszyć poza Stary Kontynent?

Wschód słońca w Kanadzie

Większość z nas kojarzy wymiany studenckie głównie z Erasmusem. Ten tekst ma jednak pokazać, że warto wyjść poza schemat i ruszyć nieco dalej, poza Europę. W rekrutacji na rok 2025/2026 SGH oferowała miejsca na aż 64 uczelniach z całego świata, więc wybór jest naprawdę ogromny. O tym, jak wygląda studiowanie na innych kontynentach, opowiada czwórka studentów, którzy odwiedzili obie Ameryki, Azję oraz Australię i Oceanię. A dyrektor Centrum Współpracy Międzynarodowej (CWM) Małgorzata Chromy pokazuje pełną perspektywę tego, co czeka studentów podczas egzotycznego wyjazdu na studia.

ALEKSANDER LISOWSKI – KANADA

Przyznam szczerze, że gdy wysłałem aplikację na wymianę w Kanadzie, nie do końca jeszcze kojarzyłem, gdzie jest Vancouver – miasto znane mi dotychczas jedynie z organizacji zimowych igrzysk olimpijskich. Gdy dostałem potwierdzenie wyjazdu, nadszedł czas na research, ale to, co ujrzałem na miejscu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Najczęstszym przymiotnikiem używanym do opisu Vancouver jest „piękne” i nie ma w tym żadnej przesady. Co więcej, uważam to wręcz za niedopowiedzenie. Miasto otoczone rzekami, lasami, górami i oceanem przypomina o potędze natury i pokazuje, że nawet najwspanialsze wieżowce nie dorównają majestatowi górskich szczytów. Jednak Vancouver nie daje się onieśmielić.

Miasto jest ważnym ośrodkiem przemysłu filmowego – nazywanym Hollywood North, przedsiębiorczości – jednym z najdynamiczniejszych ekosystemów startupowych, mody – to w Vancouver powstały Arc’teryx (marka odzieży outdoorowej), lululemon (marka odzieży sportowej, która stała się symbolem stylu życia związanego z jogą i aktywnością fizyczną) i Aritzia (marka odzieżowa oferująca „luksus na co dzień” w przystępnych cenach), oraz oczywiście sportów górskich. Vancouver było również miejscem narodzin sushi California roll. Swój dynamiczny rozwój i napływ talentów miasto zawdzięcza m.in. Uniwersytetowi Kolumbii Brytyjskiej (UBC) – mojej uczelni goszczącej. Kampus, położony na wgryzającym się w ocean półwyspie, daje dostęp do wszystkich zalet studenckiego życia: mnóstwo przestrzeni do nauki, dziewięć bibliotek, kompleks sportowy, pływalnia oraz The Nest – nowy budynek w centrum kampusu wielkości średniej galerii handlowej, przeznaczony dla setek organizacji studenckich, w całości zarządzany przez studentów.

Typowy dzień na UBC wyglądał następująco: po zajęciach szedłem na krótki spacer po kampusie, który zazwyczaj kończyłem w jednej z bibliotek. Kiedy po południu słońce chyliło się ku zachodowi, studenci i okoliczni mieszkańcy zbierali się na plaży, obserwując, jak znika za konturami gór wyspy Vancouver. Jeśli był to piątkowy wieczór, razem ze znajomymi kierowaliśmy się na mecz hokeja rozgrywany przez uniwersytecką drużynę Thunderbirds. To połączenie nauki, natury i lokalnych zwyczajów wywarło na mnie duże wrażenie.
„Tuum Est” (To zależy od ciebie) – tak brzmi oficjalne motto UBC. I z takim poczuciem wróciłem do Polski. Vancouver nauczyło mnie, że nawet najbardziej inspirujące miejsce to tylko punkt wyjścia, a odpowiedzialność za nasz los spoczywa ostatecznie na nas samych.

człowiek stojący na zamarzniętej ziemi

BARTOSZ URBANIAK – ARGENTYNA

Ostatnie pół roku życia spędziłem w Ameryce Południowej, w tym w większości w stolicy Buenos Aires, gdzie miałem przyjemność realizować wymianę bilateralną na uczelni Universidad Torcuato Di Tella. Wiele osób pyta mnie, czy warto, czy nie bałem się jechać całkiem sam ponad 12 tysięcy kilometrów od domu, do kompletnie innego kulturowo kraju, w którym mówi się w innym języku, a wartość peso zmienia się jak w kalejdoskopie, pory roku działają odwrotnie, a na ulicach czyha ponoć ogromne niebezpieczeństwo. Moja odpowiedź brzmi zawsze tak samo: był to bezapelacyjnie najlepszy okres w moim życiu, wprost fantastyczny pod każdym względem. Każdy z aspektów, który z pozoru mógł wydawać się wyzwaniem, w rzeczywistości przerodził się w ekscytację i coś zwyczajnie intrygującego, dającego poczucie, że naprawdę żyjesz, że realizujesz głęboko skrywane marzenia, dumę, radość z tego, że masz okazję tego wszystkiego doświadczyć.

Argentyna jako kraj jest według mnie po prostu niesamowita. Jej krajobrazy – rozciągające się od ikonicznej Patagonii aż do wspaniałych gór w Salcie czy najwyższych szczytów Andów – zwyczajnie zapierają dech w piersiach. Wino z Mendozy jest znane na całym świecie, a wodospady Iguazu są wisienką na torcie krajobrazów. Argentyńczycy są niezwykle dumni ze swojego kraju, uważają go za najlepszy na całym świecie i przyznam szczerze, że po spędzonym tam czasie rozumiem ten fenomen. Szał na punkcie futbolu, dywagacje na temat tego, któremu z dwójki Maradona–Messi brakuje mniej do statusu boga, nieopisana atmosfera podczas jakiegokolwiek meczu. Znane na cały świat asado, czyli wielka mięsna uczta przyrządzana na parilli, popijane legendarnym fernetem z colą, czy sączenie mate na zajęciach, w autobusie, na ulicy – po prostu wszędzie. Empanady, medialuny i wiele innych typowo argentyńskich przysmaków, argentyńska muzyka, gdzie przeplata się cumbia i reggaeton, imprezy zaczynające się w środku polskiej nocy i kończące zawsze o poranku. Wszystko razem, kiedy czuje się to na własnej skórze, daje niesamowity efekt.

Dodając do tego zalety samej wymiany, czyli możliwość poznania ludzi z całego świata, zawiązanie przyjaźni na całe życie, warunki idealne do nauki pięknego hiszpańskiego, uczelnię, która daje swobodę i jest idealnym miejscem do integracji, studiowania i pogłębiania pasji. Serio, Di Tella, bo tak potocznie jest nazywana, to naprawdę sprzyjająca międzynarodowym studentom uczelnia, a Buenos Aires, które samo w sobie jest mocno europejskie i chyba najbardziej rozwinięte w Ameryce Południowej, przepełnione jest życie, energią pięknymi uliczkami i otwartymi ludźmi. Jest też dobrą bazą wypadową do zwiedzania kontynentu – mimo że loty do najtańszych nie należą, to połączeń w rożne zakątki jest naprawdę sporo. Do opowiedzenia jest tyle, że ciężko to przekazać zaledwie w kilku akapitach. Wszystkie moje podróże, odkrywanie krajów Ameryki Południowej jeden po drugim, ciągłe poznawanie niezwykle interesujących ludzi, kompletnie inna kultura i styl życia sprawiły, że z całą pewnością mogę stwierdzić, iż mój czas tutaj był po prostu spełnieniem marzeń. Jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek zastanawiałby się, czy wyjazd na wymianę do Ameryki Południowej jest dobrym pomysłem, to ja jestem żywym przykładem na to, że podjęcie takiej decyzji może okazać się jedną z najlepszych w życiu.

krajobraz Nowej Zelandii i troje ludzi w tle

WERONIKA MIZIOŁEK – NOWA ZELANDIA

Moja lista preferencji miejsc na wymianę zawierała wszystkie uczelnie w Wiedniu, London School of Economics i kilka w Niemczech. Dodanie na jej początek RMIT w Melbourne i University of Otago w Dunedin w Nowej Zelandii było czymś, nad czym zastanawiałam się do ostatniego momentu – to przecież dwie najbardziej możliwie oddalone od SGH uczelnie! Decyzja była spontaniczna, ale okazała się jedną z najlepszych w życiu.

Podróż do Dunedin, położonego ok. 18 tysięcy kilometrów od Warszawy, trwała dwa dni. Dosyć zabawne było odczytywać wiadomości od znajomych podczas przesiadek w Dosze (stolicy Kataru – red.) i Auckland – wydawało mi się, jakby minął co najmniej tydzień, widząc, co znajomi zdążyli zrobić w czasie, kiedy ja nie dotarłam nawet na miejsce. W Dunedin bardzo szybko okazało się, że warto było spędzić tyle godzin w samolocie.

Dunedin jest miastem typowo studenckim. University of Otago, najstarsza i jedna z największych uczelni w Nowej Zelandii, skupia większość budynków na jednym zwartym kampusie, dzięki czemu łatwo poczuć klimat studencki i wspólnotę. Same studia były zdecydowanie innym doświadczeniem niż to, do którego przyzwyczaiłam się w Polsce. Przykładowo, egzaminy miały tam bardzo oficjalny charakter, przypominały trochę nasze matury. Ogromną zaletą była też świetnie zorganizowana instytucja AskOtago, czyli centralny punkt pomocy i kontaktu dla studentow – można się tam zgłaszać niezależnie, czego dotyczy problem.

Zakwaterowanie oferowane przez uczelnię, czyli UniFlats, to kilkuosobowe domy, zazwyczaj parterowe. Oferowały wysoki standard, realne poczucie komfortu, a czasem nawet przytulne ogródki. Każdy miał własny pokój, a części wspólne były w pełni wyposażone. Dodatkowym atutem była obecność „kiwi hostów”, czyli jednego współlokatora Nowozelandczyka, którzy pomagali w adaptacji. Szczególnie polecam opcję zamieszkania w Sustainability Neighbourhood (dzielnicy zrównoważonego rozwoju – red.).

Poza nauką życie kręciło się tak naprawdę wyłącznie wokół sportu i natury. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na plaży, na rowerze czy rzucając frisbee na boisku przy kampusie. Weekendy były zarezerwowane na dłuższe wycieczki w góry. Każdy był skupiony na intensywnym podróżowaniu, a ułatwiał to wspólny zakup samochodu – brzmi jak coś szalonego, ale zdecydowanie polecam zgłębić ten temat i przede wszystkim nie bać się jechać na studia do Nowej Zelandii.

człowiek  stojący na murze chińskim na tle muru chińskiego

MICHAŁ BANACZYK – CHINY

Wybór Chin był dla mnie szansą na wyrwanie się ze strefy komfortu. Trzy miesiące spędzone w Państwie Środka utwierdziły mnie w przekonaniu, że to właśnie tu rodzi się jeden z hegemonów światowych. Miałem okazję uczestniczyć w wykładach m.in. współtwórcy chińskich planów pięcioletnich dotyczących cyfryzacji, co stanowiło unikatową szansę, by zajrzeć za kulisy wielkiej polityki tego mocarstwa.

Życie na gigantycznym, zamkniętym kampusie to doświadczenie, za którym tęsknię, nieporównywalne z tym, co znamy z SGH. To ogromny (prawie 500-hektarowy), zamknięty teren, większy niż Monako, z akademikami, boiskami, sklepami, szkołami, a w godzinach szczytu – korkami rowerowymi. Aby do niego wejść, należy zeskanować kartę studenta, jest bowiem pilnie strzeżony. Posiłki w stołówkach są dofinansowywane, dzięki czemu sycący obiad można zjeść w przeliczeniu za kilka złotych. „Nie ma Tsinghua bez sportu” to motto, które realnie czuć na każdym kroku na kampusie Uniwersytetu Tsinghua. Dzięki turniejom siatkarskim poznałem mnóstwo świetnych ludzi i zintegrowałem się ze społecznością chińską.

Zajęcia można ułożyć sobie tak, że znajdzie się dużo czasu na podróżowanie po Chinach, które dzięki rozwiniętej 
sieci transportu, m.in. szybka kolej, transport lotniczy, jest bardzo sprawne, mimo że Pekin z racji swojego położenia na samej północy nie jest idealną bazą wypadową. W zimę znalazłem również czas na rozrywkę w postaci jazdy na nartach.

Wejście w chiński ekosystem to prawdziwy test zaradności. Aby tu przetrwać, musiałem błyskawicznie „przesiąść się” na lokalne aplikacje, nowe formy płatności i używać VPN-a, by utrzymać kontakt ze światem. Tak, życie tutaj wymaga hartu ducha. Trzeba przyzwyczaić się do wszechobecnych kamer, specyficznych zasad w akademikach oraz bariery językowej. Ale w zamian dostaje się dostęp do zupełnie innej perspektywy. Na pewno jest to jeden z krajów, gdzie można się wiele nauczyć, który się przeklina i do którego chce się wrócić.

 

O perspektywie egzotycznej wymiany dyrektor CWM 
Małgorzata Chromy

Michał Banaczyk: Pani dyrektor, co tak naprawdę wyróżnia ofertę wymiany pozaeuropejskiej na tle popularnego Erasmusa? Co szczególnego student może odkryć dzięki takiemu wyjazdowi?
Małgorzata Chromy: Erasmus jest oczywiście bardziej popularny, bo oferuje stypendium pieniężne i daje poczucie bezpieczeństwa dzięki mniejszej odległości. To dobry wybór dla studentów młodszych, którzy chcą sprawdzić, jak wygląda życie za granicą, ale wciąż blisko domu. Jednak nasze współprace bilateralne z uczelniami poza Europą, często w ramach prestiżowych sieci, jak Partnership in International Management (PIM), dają zupełnie inną perspektywę. Europa, w porównaniu z pozostałymi kontynentami, jest względnie mała. Oczywiście, znajdziemy tu różnice kulturowe, ale nie są one tak głębokie, jak w przypadku wyjazdu do Chin, Japonii, Australii czy Ameryki Południowej. Wyjazd poza nasz kontynent pozwala sprawdzić, czy tamtejszy model pracy i życia bardziej nam odpowiada. To także unikatowa szansa na pracę w grupach wielokulturowych, gdzie spotykają się studenci z całego świata. Nie zapominajmy o dostępie do innej wiedzy, zwłaszcza w takich krajach, jak Singapur czy Chiny, które rozwijają się w błyskawicznym tempie. Nasi studenci mogą tam poznać perspektywy, które w Europie nie są jeszcze powszechne, co daje im przewagę konkurencyjną na rynku pracy.

Wspomniała pani o kosztach. Często to właśnie bariera finansowa lub skomplikowane procedury wizowe zniechęcają do dalekich podróży. Jak SGH wspiera studentów w pokonywaniu tych przeszkód?
Nie będę ukrywać, że podstawową barierą jest właśnie bariera finansowa, ponieważ w ramach wymian pozaeuropejskich właściwie nie dysponujemy stypendiami. Studenci zazwyczaj liczą na wsparcie rodziców lub sami odkładają fundusze na ten cel. To, co oferują nasze umowy, co jest standardem, to całkowite zwolnienie z czesnego w uczelni partnerskiej. Biorąc pod uwagę, jak wysokie potrafią być opłaty za studia na prestiżowych uczelniach poza UE, jest to realna ulga finansowa. Jeśli chodzi o procedury, to często słyszymy obawy, a potem studenci wracają i mówią: „W SGH to była chwila moment, a tam na miejscu dopiero było dużo »papierologii«”. Generalnie, pomoc wizowa leży po stronie uczelni przyjmującej, bo to ona zna lokalne przepisy imigracyjne. Warto też pamiętać, że student jest osobą pełnoletnią i to na nim spoczywa odpowiedzialność za dopełnienie formalności.

SGH gościła niedawno prestiżową konferencję sieci PIM. Czy to przekłada się na rozwój oferty wyjazdów? Gdzie poza Europą widzi pani największe szanse na rozwój współpracy w najbliższym czasie?
Faktycznie, bycie gospodarzem Dorocznej Konferencji PIM było świetnym doświadczeniem wizerunkowym. Jeśli przedstawicielom najlepszych uczelni biznesowych świata podoba się w SGH i w Polsce, chętniej wysyłają do nas swoich studentów. A wymiana musi być zbilansowana: im więcej osób chce przyjechać do nas, tym więcej miejsc mamy dla naszych studentów na świecie. Obecnie będziemy się bardzo mocno skupiać na Wietnamie zarówno pod kątem programów wymian, jak i oferty studiów w SGH dla studentów z Wietnamu. To niesamowicie dynamicznie rozwijający się kraj. Co ważne, Wietnamczycy bardzo lubią Polskę, a nasze relacje dyplomatyczne mają długą tradycję. Interesująca jest też Ameryka Południowa, choć ze względu na odległość i koszty to trudniejszy kierunek. Z kolei w przypadku USA obecnie nie przewidujemy zwiększania liczby umów. Proces weryfikacji studentów jest tam bardzo rygorystyczny, a system edukacyjny przechodzi trudny moment. Naszym priorytetem, choć mamy bardzo dużą liczbę uczelni partnerskich, jest właśnie nie ich liczba, lecz jakość i prestiż.

Na koniec kwestia techniczna: jak wygląda proces rekrutacji i czy różni się on od tego znanego z Erasmusa?
Prowadzimy rekrutację łączoną, co daje studentom największy możliwy wybór. Główna kwalifikacja odbywa się w styczniu i dotyczy wyjazdów na cały kolejny rok akademicki. Zasady są jasne: liczą się przede wszystkim wyniki w nauce, czyli średnia ocen, znajomość języka obcego na odpowiednim poziomie oraz punkty za działalność studencką. Wybierając uczelnię poza Europą, musimy mieć pewność, że oferta przedmiotów w języku angielskim jest na tyle bogata, by student mógł bez problemu zrealizować swój program studiów. Łączymy te rekrutacje także dlatego, że uczelnie pozaeuropejskie mają często znacznie krótsze terminy nominacji niż te w Europie. Zachęcam wszystkich do śledzenia strony poświęconej wymianom i regulaminu – warto zacząć planować taką przygodę z dużym wyprzedzeniem. 


MICHAŁ BANACZYK, przewodniczący Klubu Prasowego SGH

Fot. Archiwum prywatne