Rozmowa z Oskarem Gołębiowskim – studentem SGH i dwukrotnym srebrnym medalistą w biegu na 400 metrów oraz biegu na 400 metrów przez płotki XXV Letnich Igrzysk Głuchych (2025 Summer Deaflympics).
Aleksandra Stando: Czy sport towarzyszył ci od zawsze? Jak zaczęła się twoja przygoda z lekką atletyką?
Oskar Gołębiowski: Tak, sport bardzo wcześnie zaczął odgrywać istotną rolę w moim życiu. Już jako dziecko byłem bardzo ruchliwy, uwielbiałem się ścigać, całe dnie spędzałem poza domem, grając w piłkę czy jeżdżąc na rowerze, uczestniczyłem w SKS-ach piłki ręcznej i siatkowej. Na początku trenowałem przez siedem lat piłkę nożną, potem zaś płynnie przeszedłem w lekką atletykę. Można powiedzieć, że jestem wytworem systemu od sportu amatorskiego do wyczynowstwa. Zawodowo zacząłem zajmować się sportem, mając 16 lat. Jeszcze do niedawna tak nie uważałem, ale chyba w tym momencie już mogę nazwać swą drogę kariery.
Myślę, że zdecydowanie tak. A co było bodźcem, który wpłynął na zmianę toru z piłki nożnej na lekką atletykę?
Miałem taką potrzebę, żeby wybrać jednak sport indywidualny. Mimo wszystko, grając w drużynie, musisz okazać tej pozostałej dziesiątce na boisku ogromne zaufanie. Ja go do końca nie miałem. Ufałem sobie, widziałem, co robię na treningach i poza nimi. Sport indywidualny dawał mi pewność, że robię wszystko, żeby dążyć do sukcesu.
Czy w takim razie w życiu pozasportowym określiłbyś siebie jako indywidualistę?
Właśnie to jest ciekawe. W codzienności określiłbym bowiem siebie raczej jako gracza zespołowego. Nawet w mojej grupie treningowej staram się motywować innych do działania, żeby wykazali się ambicją. Aby na treningu nie wykonywali tylko ćwiczeń, ale dawali także coś od siebie.
Wspierasz innych podczas treningów, a co motywuje ciebie? Co daje ci power do działania?
Jak widzę swój progres, swoje sukcesy – z tygodnia na tydzień widzę postęp. Generalnie wiadomo, jak to bywa w sporcie, zwłaszcza indywidualnym – jest periodyzacja, która zakłada między innymi tygodnie, w których jest ciężej. W mojej grupie treningowej mamy schemat trzech tygodni bardzo ciężkiej pracy, przy czym trzeci tydzień jest zawsze najbardziej wymagający. Po tym najtrudniejszym okresie przychodzi zaś bardzo przyjemny moment tzw. wypuszczenia. Często motywuje on i przywraca chęci do dalszej pracy w kolejnych tygodniach. Jednak najgorszy jest okres bezpośrednio przed wspomnianym „wypuszczeniem” – to wtedy jest najtrudniej, przychodzi spadek formy, po prostu się nie chce, jest się przebodźcowanym pod każdym względem i nie ma się ochoty do działania. Wtedy motywacja jest bardzo niska, ale przy tej konstrukcji treningu systematyka jest najważniejsza, trzeba wytrzymać ten trudny okres.
Czyli zawsze zaciskasz zęby i idziesz do przodu?
Często zaciśnięcie zębów wiąże się też z narzekaniem. Jak to w sporcie indywidualnym bywa, trzeba się czasami wyżalić, że nie czujesz się komfortowo; odrobinę ponarzekać. Właśnie to pomaga i prowadzi do przełamywania barier.
Realizujesz treningi według zaplanowanego schematu? Jaki moment lub typ treningu jest twoim ulubionym?
Zdecydowane są to treningi szybkości i wytrzymałości szybkościowej. Są dla mnie najprzyjemniejsze, pozwalają pobiegać na dosyć sporych prędkościach, a więc charakteryzuje je to, co lubię najbardziej w tym sporcie. Biegam na 400 metrów oraz na 400 metrów przez płotki, moją ulubioną fazą jest napędzanie się i pierwsze 300 metrów, zaś największą katorgę stanowi praca nad ostatnimi metrami.
Dobrze rozumiem, że nie lubisz momentu wbiegania na metę, w gruncie rzeczy najistotniejszego?
Jest to przede wszystkim bardzo trudny moment, ale zgadza się – niezwykle istotny. Od zawsze jestem szybkościowcem, jednak potrafimy z trenerem kształtować taką dyspozycję, żeby wykorzystać pierwsze metry budowania przewagi. Z reguły nie gonię (innych zawodników – red.), ale utrzymuję to, co wypracowałem na pierwszych metrach.
Którego finałowego startu na igrzyskach obawiałeś się najbardziej? Wolisz biegać płasko czy przez płotki?
„Biegam płotki” od pięciu lat. W bieżącym roku mam lekkie „wypuszczenie” ze względu na to, że docelowa impreza, a więc igrzyska, już za mną. Ubiegły rok, czyli 2025, mnie sporo kosztował, na płotkach nie szło mi też tak jak do tej pory. Zmieniła mi się nieco technika, co na początku sezonu przegapiliśmy z trenerem. Jeszcze wcześniejszy rok – 2024 – był moim rokiem przełomowym. Poprawiłem wtedy swoje osiągnięcia na dystansach, które trenuję, przełamałem psychologiczne bariery – zszedłem poniżej 48 sekund, co było moim życiowym celem. W roku 2025 od początku zdawaliśmy sobie sprawę, że igrzyska są bardzo późno i należy mądrze rozplanować przygotowania. Podjęliśmy ryzyko zbudowania trzech szczytów formy – na maj, sierpień i listopad. Od początku nie układały mi się biegi na 400 metrów przez płotki. W tej technicznej konkurencji im mniej kroków robisz między płotkami, tym teoretycznie szybciej biegasz, ale w moim przypadku osiągnięcie 13 kroków między płotkami dawało rezultaty podobne do tych osiąganych przy 15 krokach. Coś było więc nie tak – albo z moją techniką, albo z przygotowaniem biegowym. Kiedyś więc biegi płotkarskie sprawiały mi dużą przyjemność, ale w sezonie 2025 zaczęły męczyć. Wobec tego bardziej zaczęły mnie cieszyć biegi na płaskich 400 metrach.
Jedna konkurencja sprawia ci więcej radości niż druga, jednak srebro zdobyłeś w obu. Jaka więc była twoja pierwsza myśl po przekroczeniu mety?
Pierwsze srebro było takim olbrzymim odetchnięciem z ulgą. Paradoksalnie bałem się najbardziej biegu półfinałowego na płaskich 400 metrach. Myślami byłem już przy finale, byłem świetnie przygotowany, ale z tyłu głowy miałem wątpliwości, zastanawiałem się, co będzie, gdy coś pójdzie nie tak. Napisałem nawet do trenera, że nie chcę być tym „indykiem, co myślał o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścięli”. Trener odpisał jednak, żebym się nie bał, że „jestem orłem, a nie indykiem”. Po biegu półfinałowym poczułem więc bardzo dużą ulgę. W finale już po 300 metrach wiedziałem, że będę się bił o złoto. Czułem, że jeszcze mam siłę i atakowałem. Ostatecznie wygrał Japończyk, ale ja cieszyłem się, że jestem w tym miejscu. Wiedziałem też, że na trybunach mam swoich przyjaciół, mój tata także się pojawił. Wzruszające było mieć bliskich przy sobie.
W biegu na 400 metrów przez płotki miałem bić się o złoto, niestety pojawiły się okoliczności pozasportowe. Trochę się rozchorowałem, mieliśmy problemy ze składem sztafetowym. Wszystko to przed moim biegiem płotkarskim. Włożyłem w niego sporo serca, natomiast nawet to już nie wystarczyło na ostatniej prostej.
Wspomniałeś o motywującym trenerze, wspierającym tacie i znajomych. Powiedz w takim razie, jak zdefiniowałbyś przepis na sukces? Czy istnieje na niego recepta?
Wsparcie przyjaciół, rodziców, dziewczyny, ale także systematyczna praca i poświęcenie – to są moje takie trzy składowe, jeśli chodzi o sukces.
Czy odczuwasz presję związaną ze startami? Co przed nimi czujesz?
Ekscytacja to jedno z moich ulubionych uczuć przed startem. Wiadomo, że największa motywacja wiąże się ze startami docelowymi. Starty na mitingach czy zawodach klasy krajowej są również wartościowe, jednak zawody międzynarodowe są dla sportowca największym źródłem sportowej satysfakcji. Presję nakładam sobie sam, nie robię tego dla nikogo poza sobą. Spełniam własne ambicje.
I to jest właśnie piękne w sporcie – podążanie za własnymi marzeniami. Ty w swojej sportowej karierze osiągnąłeś już wiele. Jakie są twoje dalsze plany, ambicje, cele? Co jeszcze chciałbyś osiągnąć?
Brakuje mi złota indywidualnego, złoto sztafetowe mam bowiem z poprzednich igrzysk w Brazylii. Od razu po powrocie z Tokio wiedziałem, że nie chcę robić sobie przerwy. Pojawił się jednak w mojej głowie plan skrócenia dystansu. Wspólnie z trenerem stwierdziliśmy, że podejmiemy taki eksperyment. W związku z tym pojawiła się też we mnie swego rodzaju ekscytacja, ciekawość tego, co przede mną. Wyzwoliło to we mnie jeszcze większą chęć do działania.
Często wśród sportowców po najważniejszych zawodach występuje tzw. syndrom depresji poolimpijskiej. Tego właśnie starałem się wystrzec i to się najprawdopodobniej udało. Czasami miewam gorsze momenty, jednak nie występuje u mnie zastój, poczucie marności czy braku celu, co jest charakterystyczne w przypadku wspomnianego syndromu.
Jak więc godzisz treningi ze studiami? Czy zdarzają się momenty, w których musisz wybierać pomiędzy nauką a sportem?
Tak, cały czas, jednak dzięki korzystaniu z różnorodnych programów, m.in. Narodowej Reprezentacji Akademickiej, kariery dwutorowej na UMCS w Lublinie czy też wsparcia kadry profesorskiej, jestem w stanie godzić naukę ze sportem.
ALEKSANDRA STANDO, AZS SGH
FOT. PRYWATNE ARCHIWUM OSKARA GOŁĘBIOWSKIEGO