Jeden oddech na miarę rekordu

na zdjęciu Jana Pieriegud z medalami na szyi

Wywiad z Janą Pieriegud, profesor w Instytucie Infrastruktury, Transportu i Mobilności SGH, rekordzistką Polski oraz reprezentantką kadry narodowej na mistrzostwach świata we freedivingu basenowym.

Aleksandra Stando: Freediving to dosyć nieoczywiste hobby – skąd wzięła się u pani ta pasja?

Jana Pieriegud: Moja przygoda z freedivingiem zaczęła się pięć lat temu. Wierzę, że nie ma tu przypadku – w pewnych momentach po prostu znajdujemy się we właściwym miejscu i czasie, obok odpowiednich ludzi. Impulsem była rozmowa z przyjaciółką o naturze. Padło pytanie o delfiny. Po spotkaniu, szukając informacji, natrafiłam na wyjazd „freediving z delfinami”. Następnego dnia byłam już zapisana, a dwa tygodnie później znalazłam się na łodzi na Morzu Czerwonym. Każdego dnia, kilka razy dziennie, wchodziliśmy do wody – pływaliśmy z dzikimi delfinami i ćwiczyliśmy elementy freedivingu. Pamiętam pierwszy moment zanurzenia – po prostu popłynęłam. Dosłownie i w przenośni.

Piękne słowa. Proszę powiedzieć w takim razie, czym dla pani jest freediving?

Technicznie to nurkowanie na wstrzymanym oddechu – na odległość lub głębokość. Mamy freediving basenowy, który teraz uprawiam, oraz głębokościowy, odbywający się na otwartych wodach. Ale dla mnie to coś więcej. Można to porównać ze świadomą medytacją pod wodą – stanu głębokiego skupienia, a jednocześnie relaksu, kontaktu ze sobą i ogromnej uważności. Pod wodą pojawia się cisza, której nie da się doświadczyć na co dzień. Już kilka metrów pod powierzchnią wody świat się zmienia diametralnie. Na pewnej głębokości, około 12 metra, pojawia się też poczucie nieważkości. To doświadczenie zatrzymuje, wycisza i naturalnie kieruje uwagę do środka. Wchodzimy w stan niezakłóconej świadomości, uczymy się funkcjonować bardzo oszczędnie – zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Poprzez relaks i koncentrację na samym procesie wyciszamy tę część mózgu, która „rozprasza” naszą uwagę (Default Mode Network). W świecie, w którym nieustannie coś analizujemy i przetwarzamy informacje, to niezwykle cenna umiejętność. Pod wodą uczę się minimalizmu – każdy ruch i każda myśl kosztują energię. A im mniej jej zużywamy, tym dłużej możemy pozostać pod wodą. To ważna lekcja: rób mniej, ale bardziej świadomie.

Płynąca kobieta w basenie pod wodą

Fot. Jakub Witchen

Czy te doświadczenia przekładają się na codzienne życie?

Zdecydowanie tak. Freediving uczy zatrzymywania się i zadawania sobie prostych pytań: czy naprawdę muszę się tym teraz zajmować? Czy to jest warte uwagi? Zaczynamy odróżniać to, co istotne, od szumu informacyjnego. Uczymy się zarządzać swoją energią – nie oddawać jej rzeczom nieistotnym. Dla mnie to także umiejętność osiągania celów przy minimalnym zużyciu zasobów. Patrząc przez pryzmat moich zainteresowań naukowych, można to w pewnym stopniu porównać z zarządzaniem efektywnością energetyczną w transporcie czy z ecodrivingiem. Dużo z tego, czego doświadczam pod wodą, przenoszę na życie zawodowe. Wysiłek i zaangażowanie są nadal obecne, ale mają inny charakter – bardziej zrównoważony.

A co z lękiem? Czy pojawiają się momenty paniki?

Takie momenty mogą się pojawić, szczególnie na początku. Dla wielu osób wyzwaniem jest już samo zanurzenie głowy. Ale strach można oswoić – krok po kroku. W moim przypadku woda była obecna od dawna, ponieważ trenowałam pływanie. Jednak nawet wtedy pod wodą pojawia się moment pierwszej potrzeby oddechu. Co ciekawe, wynika on nie tyle z braku tlenu, ile ze wzrostu poziomu dwutlenku węgla. To właśnie on pobudza układ nerwowy i wywołuje impuls, by się wynurzyć. Trening pozwala zwiększyć tolerancję na dwutlenek węgla, ale równie ważna jest praca mentalna. Uczymy się obserwować te sygnały bez paniki, po prostu zarządzać nimi. Jednocześnie bardzo ważne jest, by nie przekraczać granic. Freediving nie polega na ich forsowaniu, ale na stopniowym i świadomym ich poznawaniu. Chociaż w praktyce nie jest to łatwe, bo ta granica jest często bardzo cienka.

Czyli kluczowa jest metoda małych kroków?

Dokładnie. Nic na siłę.

Czy od początku myślała pani o zawodach, czy był jakiś cel?

Nie, zupełnie nie. Wszystko rozwijało się bardzo naturalnie. Najpierw były spotkania z delfinami, potem kurs w Deepspot – basenie nurkowym niedaleko Warszawy, kolejne wyjazdy, w tym nurkowanie w miejscach znanych z filmu „Wielki błękit”, a także następne spotkania z dzikimi delfinami i wielorybami.

Co sprawiło, że zdecydowała się pani jednak stanąć na starcie?

W pewnym momencie poczułam, że chcę spróbować. Pojawił się pomysł, a potem plan, który zaczęłam konsekwentnie realizować. Podczas mistrzostw Polski i pucharu świata CMAS (Światowej Konfederacji Sportów Podwodnych), które odbyły się w marcu w Łodzi, startowałam przez trzy dni z rzędu. Pierwszego dnia wystartowałam w przerwie między swoimi spotkaniami eksperckimi. Pół godziny po wyjściu z wody wróciłam już do komputera. W tej „przerwie” zdobyłam złoty medal i ustanowiłam rekord Polski w monopłetwie w kategorii masters. W kolejnych dniach dołożyłam trzy srebrne medale, co przyniosło łącznie pierwsze miejsce w klasyfikacji ogólnej w swojej kategorii wiekowej (masters) oraz czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej pucharu świata. Freediving stał się dla mnie naturalną częścią życia – przestrzenią rozwoju, odkrywania siebie i poznawania innych.

Kim są osoby, które wybierają freediving – co je łączy?

To bardzo ciekawa i różnorodna społeczność – na pozór osoby z zupełnie innych światów, które łączy wspólna pasja. Ważne, że uprawiają ją osoby w bardzo różnym wieku. Spotykamy się na wspólnych wykładach, treningach, wyjazdach czy innych aktywnościach. Potrafią też zaskoczyć – pierwsze życzenia urodzinowe w tym roku dostałam o 7.30 na basenie. Śpiewali mi „Sto lat”, stojąc w wodzie – tego jeszcze nie było.

Jak wygląda przygotowanie do zawodów?

Ogromne znaczenie ma nawodnienie i dieta – wpływają na koncentrację, metabolizm tlenu i regenerację. Przed startem jemy lekki posiłek co najmniej dwie–trzy godziny wcześniej. Przy porannych treningach często są to woda i banan. Po kilkudniowych zawodach odczuwam ulgę, że wreszcie mogę zjeść normalne śniadanie czy obiad. We freedivingu bardzo ważny jest też stretching, szczególnie przydatny przy siedzącej pracy naukowca. Dla mnie był to sposób na oderwanie się od biurka i zadbanie o ciało.

Po udanych startach w mistrzostwach Polski dostała pani powołanie do kadry i wzięła udział w mistrzostwach świata, które odbyły się w czerwcu w Serbii. Jakie to doświadczenie?

Przyznam się, że już samo założenie stroju reprezentacji Polski było bardzo poruszające. Zawody – jak w każdym sporcie – są wymagające zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Pierwszy start przyniósł świetną odległość, o ponad 20 metrów lepszą niż życiówka, na poziomie srebrnego medalu mistrzostw. Niestety, nie został zaliczony ze względu na procedurę powierzchniową. Trzeba było szybko z tym się pogodzić i skupić się na kolejnych startach. Ostatniego dnia przepłynęłam 159 metrów w monopłetwie, poprawiając rekord Polski. Wynurzyłam się z uśmiechem – i to był piękny moment na podsumowanie całego udziału w zawodach. Na trybunach kibicowała mi także serbska rodzina, u której wynajmowałam apartament – sami aktywnie uprawiają różne sporty, więc z dużą ciekawością przyszli zobaczyć, czym jest freediving, i trzymać za mnie kciuki. W ciągu kilku dni bardzo zaprzyjaźniliśmy się i odbyliśmy wiele inspirujących rozmów.

Jakie są pani dalsze plany?

Chcę dalej się rozwijać – technicznie, ale też wewnętrznie. Freediving to dla mnie ciągłe odkrywanie siebie. Co do udziału w kolejnych zawodach – czas pokaże.

Jak jednym zdaniem opisałaby pani swoją pasję?

Świadome życie – z uważnością, spokojem i radością. 


Rozmawiała ALEKSANDRA STANDO, członkini AZS SGH

Zdjęcie główne z archiwum prywatnego