Rejs życia. Zapiski z podróży

Autor:

Komunikat o błędzie

Wykryto nieprawidłowe ustawienie. Proszę się skontaktować z administratorem.

Na Darze Młodzieży wspominałem z Łukaszem godziny spędzone w SGH – śmialiśmy się, że SGH to uczelnia ekonomiczna, a w herbie ma żaglowiec. A więc ten rejs był nam pisany.

Próba charakteru

Brasujemy reje, czyli przestawiamy wielkie żagle na drugą stronę żaglowca i z powrotem. Jeszcze nie mam pojęcia, że będzie to najcięższe ciągnięcie liny, jakie w swoim dotychczasowym żeglarskim życiu przeżyłem.

„Jechać wszystkie brasy na raz!”. Dobrze, że już wiem, co to brasy. Musieliśmy się nauczyć około 120 nazw lin obsługujących nasz maszt.

Wszyscy na pokładzie, ustawieni przy kilku linach, w tłoku. Ciągniemy. Na razie idzie łatwo, ale z każdą chwilą czujemy coraz większe naprężenia. Na linach, ale jeszcze bardziej w rękach. Mięśnie się utwardzają, dłonie zaczynają drętwieć. Myślę sobie: „Spoko, zaraz będzie koniec i wracamy do standby (odpoczynek w gotowości)”. Ciągniemy, a tu końca nie widać. Za to nie cichną krzyki bosmana: „Szybciej z tymi brasami”.

To jest właśnie test wytrzymałości. Palą mięśnie w ramionach, ściera się skóra z dłoni, ale nikt nie odpada. Każda para rąk na linie to dodatkowa siła dla załogi. Nie myślę już o niczym. Skupiam się tylko na tym, żeby wytrzymać jeszcze chwilę. I jeszcze chwilę. Brylant (Bosman) drze japę zawodowo. To precyzyjnie skalkulowane podnoszenie morale załogi. Na początku przeszkadzało mi to. Teraz jednak głos bosmana jest niczym głos mentora, który dba o to, żeby fregata posuwała się bezpiecznie naprzód.

Chrzest na równiku

Siedzimy w kubryku, podekscytowani i jednocześnie zabawnie zestresowani przed chrztem morskim – rytuałem odbywającym się podczas przekraczania równika. Maluję sobie wzory na ciele, żeby wpasować się w klimat ceremonii. Nagle wpadają z krzykiem dwa czarne diabły z rogami i pejczami w dłoniach. „Jazda na pokład!” – krzyczą.

Dostałem dwa baty, które rozeszły się lekkim ukłuciem bólu, ciągnącego się wzdłuż pleców. Kolega, który wcześniej podpadł chłopakom kilka razy, oberwał znacznie mocniej.

Idziemy wszyscy. Bez koszulek ustawiamy się wachtami na rufie Daru Młodzieży. Słońce wychodzi zza chmur, opalając nam skórę. Nagle wyskakują diabły, krzycząc i biczując nieszczęśników. Każą nam klękać i wymierzają precyzyjne ciosy świszczącym batami. Klęczymy, podczas gdy na rufę wchodzi Neptun, Prozerpina i nimfy ubrane w skąpe stroje składające się z pomalowanych lin i innych dziwnych rzeczy. Za Neptuna przebrał się nasz kochany „łagodny” bosman, którego wszyscy znali tu pod imieniem Brylant.

Dyskoteka pod gwiazdami na Oceanie Indyjskim

Dyskoteka na środku oceanu pod masztami Daru Młodzieży, to jedno z przeżyć, o których będę opowiadać do końca życia. Pustka nocy i bezkres oceanu aż po ciemny horyzont. A na środku tej pustki Biała Fregata rozbujana zabawą młodych żeglarzy. Jedyna taka impreza na świecie przy akompaniamencie fal oceanu rozbijających się o burty. Muzyka roznosi się po pokładzie, żaglach i płynie ku bezkresnej ciszy wielkiej wody. Tak daleko od domu czuję się, jakbym trafił na inną planetę albo żył w innych czasach.

Noc, która się nie powtórzy

Siedzimy z chłopakami na dziobie, Dar idzie pod pełnymi żaglami. Pchany przez południowy wiatr dzielnie przecina nocne morskie fale. Światła na pokładzie pogaszone. Panuje kompletna ciemność. Widać tylko wielkie białe żagle oświetlone blaskiem księżyca. Takiego, jakiego nie widać na półkuli północnej. Tutaj jest większy, czasami chowa się za chmurą, ukazując niebo pełne gwiazd. Kolega gra na ukulele Knockin’ On Heaven’s Door.

Klimatu tej chwili nie odda żaden opis. Dookoła ciemny ocean otoczony odległymi gwiazdami. Wyraźnie widać nawet Drogę Mleczną, Marsa i Wenus. Ciepły południowy wiatr rozwiewa mi włosy, a zapach szumiącego oceanu wypełnia nozdrza. Siedzimy tak na ciepłych deskach pokładu, oparci o kabestany cumownicze. Na horyzoncie widać już światła tajemniczej Reunion Island, do której nieuchronnie się zbliżamy. Gdy patrzy się w rozgwieżdżone niebo, umysł zaczyna inaczej postrzegać świat. Przestają się liczyć małe sprawy, którymi zaprzątam sobie myśli na co dzień. Liczy się chwila, tu i teraz. Ocean, gwiazdy i rozbujany pokład fregaty. Umysł czysty i spokojny. Niby jesteśmy na Ziemi, tej samej plancie, co w domu, a jednak w całkowicie innej rzeczywistości.

KAROL RADZIK, absolwent SGH, uczestnik Rejsu Niepodległości na trasie Kapsztad – Singapur